12-tygodniowy rok

12-tygodniowy rok – recenzja książki

Czy można osiągnąć więcej, planując nie cały rok, ale zaledwie 12 tygodni? Na tym właśnie opiera się koncepcja przedstawiona w książce Briana P. Morana i Michaela Lenningtona 12-tygodniowy rok. Autorzy proponują zmianę sposobu myślenia o celach, planowaniu i produktywności. Zamiast patrzeć na rok jako jeden długi okres, warto podzielić go na krótsze, 12-tygodniowe cykle.

Pomysł jest prosty: 12 tygodni ma być traktowane jak cały rok. Dzięki temu cele stają się bardziej konkretne, terminy bliższe, a codzienne działania nabierają większego znaczenia.

12-tygodniowy rok – o co chodzi?

Koncepcja „12-tygodniowego roku” powstała na podstawie obserwacji autorów, którzy pracowali z różnymi zespołami i zauważyli pewien powtarzający się schemat.

Największa mobilizacja do pracy pojawia się zazwyczaj pod koniec roku. Kiedy zbliża się grudzień i termin realizacji celów, które wyznaczyliśmy sobie w styczniu, nagle okazuje się, że nie ma już czasu do stracenia.

Co ciekawe, podobny mechanizm działa na początku każdego roku. Styczeń daje poczucie nowego otwarcia. Niezależnie od tego, jak wyglądał poprzedni rok, pojawia się ekscytacja i przekonanie, że tym razem uda się zrealizować wszystkie plany.

Problem zaczyna się później.

Jeżeli mamy przed sobą 12 miesięcy, łatwo uznać, że na realizację celu jest jeszcze mnóstwo czasu. Możemy odłożyć coś na jutro, na przyszły tydzień albo na kolejny miesiąc. A przecież duże cele nie realizują się jednorazowo. Osiągamy je poprzez setki małych kroków, decyzji i działań wykonywanych tydzień po tygodniu. I właśnie ten mechanizm autorzy postanowili wykorzystać.

Co zmienia planowanie w perspektywie 12 tygodni?

Podstawowe założenie książki jest bardzo proste: znacznie więcej możemy osiągnąć, jeśli przestaniemy planować wyłącznie w perspektywie całego roku. Zamiast myśleć: „Mam na to jeszcze kilka miesięcy”, zaczynamy myśleć: „Mam na to 12 tygodni”.

Autorzy czerpią tutaj między innymi ze świata sportu i stosowanej w treningach sportowców periodyzacji. Treningi nie są przecież planowane wyłącznie z myślą o bardzo odległej przyszłości. Sportowiec pracuje w określonych cyklach, realizuje konkretne zadania i stopniowo zbliża się do wyznaczonego celu.

„12-tygodniowy rok” proponuje zastosowanie podobnego podejścia w codziennym życiu i pracy. 

Rok zostaje podzielony na cztery niezależne okresy. Każdy z nich ma swój początek, plan działania, kolejne tygodnie realizacji i zakończenie. W efekcie co trzy miesiące mamy własny mały „koniec roku”.

Możemy wtedy sprawdzić, co udało się osiągnąć, co nie zadziałało, wyciągnąć wnioski i zaplanować kolejny cykl. Możemy też pozwolić sobie na krótki odpoczynek i nagrodzić się za wykonaną pracę.

Dlaczego 12 tygodni może działać?

Największą zaletą tego sposobu planowania jest moim zdaniem poczucie presji czasu. Kiedy termin jest odległy, łatwo uwierzyć, że zdążymy. Gdy zostaje nam tylko 12 tygodni, każdy kolejny tydzień zaczyna mieć znaczenie.

Nie chodzi przy tym o życie w ciągłym stresie czy nieustanną pracę. Chodzi raczej o uświadomienie sobie, że czas rzeczywiście jest ograniczony. Perspektywa 12 tygodni pomaga również przełożyć duży i często abstrakcyjny cel na konkretne działania.

Nie wystarczy powiedzieć sobie: „W tym roku chcę rozwinąć swoją działalność”. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co konkretnie zrobię w tym tygodniu, aby przybliżyć się do tego celu. A potem zrobić to samo w kolejnym tygodniu. I następnym.

Właśnie w ten sposób duży cel zostaje rozłożony na mniejsze zadania, które są znacznie łatwiejsze do wykonania.

12 tygodni – dobry czas na eksperyment

Jedna rzecz szczególnie przypadła mi do gustu w tej koncepcji.

12 tygodni to moim zdaniem świetny czas na przetestowanie nowych pomysłów i rozwiązań.

To jednocześnie okres wystarczająco długi, żeby rzeczywiście coś zrobić i sprawdzić efekty, ale na tyle krótki, że nie trzeba wiązać się z podjętą decyzją na cały rok. Podobnie można podejść do rozpoczęcia pracy online – zamiast długo przygotowywać się do działania, warto wyznaczyć sobie konkretny termin i krok po kroku przejść przez pierwsze etapy, o których pisałam w artykule „Jak zacząć zarabiać online w 7 dni”. Jeżeli jakiś pomysł nie działa, po 12 tygodniach można go przeanalizować i zmienić kierunek. Jeżeli działa – można go kontynuować lub rozwinąć w kolejnym cyklu.

To szczególnie interesujące podejście dla osób prowadzących własną działalność, pracujących nad projektami, uczących się nowych rzeczy czy po prostu chcących wprowadzić zmianę w swoim życiu.

Czy „12-tygodniowy rok” to książka dla każdego?

Koncepcja przedstawiona przez Morana i Lenningtona może być przydatna przede wszystkim osobom, które mają problem z odkładaniem działań na później, wyznaczają sobie cele, ale tracą motywację w ciągu roku.

Może również zainteresować tych, którzy lubią planowanie, kontrolowanie postępów i pracę z konkretnymi terminami. Nie jestem jednak przekonana, czy każdy potrzebuje stosować cały system opisany w książce.

I tutaj dochodzę do mojej bardzo subiektywnej oceny.

Moja ocena książki „12-tygodniowy rok”

Koncepcja jest słuszna, pomysł dobry, ale moim zdaniem nie trzeba było pisać o tym książki. Założenia „12-tygodniowego roku” można moim zdaniem spokojnie zmieścić na jednej kartce A4.

Nie oznacza to jednak, że uważam tę książkę za bezwartościową. Wręcz przeciwnie. Sam pomysł uważam za interesujący i wart wykorzystania. Książka pozwala spojrzeć inaczej na planowanie celów i przede wszystkim przypomina o czymś, o czym łatwo zapominamy: duże cele osiągamy poprzez małe, regularne działania.

Mam natomiast wrażenie, że autorzy rozbudowali prostą ideę do rozmiarów całej książki. Dlatego moja ocena jest zdecydowanie bardziej pozytywna dla samej koncepcji niż dla sposobu, w jaki została przedstawiona.

Czy stosuję 12-tygodniowy rok?

I tak, i nie. Samą ideę krótszego rozliczania czasu stosuję, ale poszłam jeszcze krok dalej.

Rozliczam siebie w jeszcze krótszym czasie – w okresie tygodnia.

Dzięki temu ważny staje się każdy dzień, a czasami nawet każda godzina. Nie muszę czekać trzech miesięcy, żeby sprawdzić, czy coś działa. Na bieżąco widzę, co udało mi się zrobić, co zostało przesunięte i czym powinnam zająć się w kolejnym tygodniu.

Jednocześnie nie oznacza to, że każdy dzień przeznaczam na pracę. Wręcz przeciwnie – niedzielę zostawiam na odpoczynek.

I chyba właśnie to jest dla mnie najważniejszy wniosek z tej książki: krótsza perspektywa czasowa może pomagać w działaniu, ale nie powinna oznaczać życia podporządkowanego produktywności.

Czy warto przeczytać „12-tygodniowy rok”?

Jeżeli interesuje Cię planowanie celów, produktywność, zarządzanie czasem i skuteczne realizowanie planów, książka Briana P. Morana i Michaela Lenningtona może być ciekawą lekturą. Nie spodziewałabym się jednak po niej rewolucyjnego odkrycia. Jej główna idea jest stosunkowo prosta:

Nie odkładaj działania dlatego, że masz przed sobą cały rok. Podziel duży cel na krótsze okresy i skoncentruj się na tym, co możesz zrobić teraz.

Dla mnie największą wartością „12-tygodniowego roku” nie jest więc sam system, ale przypomnienie, że czas zawsze składa się z mniejszych odcinków, a cele realizujemy nie w grudniu, lecz każdego dnia.

Czy potrzebujemy do tego całej książki? Moim zdaniem – niekoniecznie. Czy warto samą koncepcję znać i przetestować? Zdecydowanie tak.

Sprawdź oficjalną stronę poświęconą metodzie.

Twitter
Visit Us
Follow Me
error: Content is protected !!
Przewijanie do góry